Jak szkolić armię w warunkach zbliżonych do rzeczywistych?
Pytanie wydaje się banalne, a odpowiedź oczywista: szkolisz się tak, jak będziesz walczył.
Proste pytanie, ale jak się zastanowić, to okazuje się, że w pewnym momencie dowódców, planistów a nawet pojedynczych żołnierzy (np. pilotów WSB) trzeba nauczyć "myślenia" nie tylko w tradycyjnych domenach lądowej, morskiej czy powietrznej (co samo w sobie nie jest łatwe, bo niektórzy mają problem nawet z "ogarnięciem" dwóch wymiarów i prędkości), ale równolegle również (co wg. mnie najważniejsze) w radioelektronicznej.

Nie wszyscy ogarniają poruszanie się w trzech wymiarach. Niektórzy mają problem z dwoma, a jest i grupa, której jazda po prostej sprawia ból.
Na współczesnym polu walki nie ma już scenariuszy, w których np. pojedynczemu statkowi powietrznemu czy załodze czołgu zagraża jedno źródło. Zarówno w powietrzu jak i na lądzie czy (w) wodzie jest naprawdę tłoczno od maszyn własnych i sojuszniczych (zarówno tych bojowych jak i wspierających/zabezpieczających) jak i tych przeciwnika. Do tego dochodzą wszelkiej maści systemy radiolokacyjne - od radarów wykrywania i kierowania ogniem, przez radary rozpoznawcze artyleryjskie itp. Jakby tego było mało wokół pełno jest innych nadajników sygnałów elektromagnetycznych - czy to radiostacje z automatycznymi łączami danych, czy też systemy radionawigacyjne, identyfikacji swój-obcy IFF itp. W domenie elektromagnetycznej dosłownie bulgocze jak w garnku z dobrym forszmakiem na poprawiny czy bigosem dochodzącym trzeci dzień.

Zobrazowanie spektrum elektromagnetycznego na współczesnym polu walki
Dlatego w trakcie szkolenia trzeba w pewnym momencie dodać ten czwarty wymiar: elektromagnetyczny. Bez tego dowództwa i sztaby będą delikatnie niepełnosprawne, wręcz głuche w środowisku pełnym przydatnych informacji.
Wiem, wiem, przecież takie nowoczesne samoloty mają kilka systemów walki radioelektronicznej i samoobrony, które monitorują spektrum elektromagnetyczne i wychwytują automatycznie te sygnały z otoczenia, a nawet obrabiają je i prezentują pilotowi w przystępny sposób na wyświetlaczach. Wszystko to prawda, ale jednak nadal to pilot siedzący w kokpicie decyduje, co i kiedy zrobi z tą informacją. Czy postanowi skrzywdzić baterię OP przeciwnika pociskiem HARM, ale zdradzi tym samym pośrednio swoją pozycję wrogiemu myśliwcowi znajdującemu się w "pobliżu"? A może lepszym rozwiązaniem będzie włączenie zakłóceń radiolokacyjnych lub wykorzystanie ukształtowania terenu do ukrycia się w cieniu radiolokacyjnym (np. takiego Bornholmu)?
Problemem ćwiczeń wojskowych od zawsze był brak realizmu i oderwanie od rzeczywistości. W domenie powietrznej jest może trochę lepiej pod tym względem w porównaniu do zająców z lądówki, choć różnie to bywa.

Wyobraźcie sobie, że chcecie zorganizować realistyczne ćwiczenia dla naszych pilotów F-16. Tak na bogato, żeby było jak na W. Przydałoby się zatem mieć kilka naszych maszyn w powietrzu oraz kilka z ekipy czerwonych. Do tego jakąś cysternę i AWACS w powietrzu, może jakaś maszyna SIGINT, oczywiście to samo po stronie czerwonych. Na lądzie kilka baterii OP/OPL osłaniających wojska własne i kilka radarów po stronie oponenta. Do tego jakieś zakłócenia w pasmach radiolokacyjnych i radionawigacyjnych, a to wyzwanie na miarę zwykłej, administracyjnej formalności z 12 prac Asrerixa - są trzy warianty: 1 - nie doceniłeś biurokratycznej maszyny i formalności zacząłeś dopiero rok przed ćwiczeniem, więc nie zdążyłeś, 2 - wiedziałeś już co cię czeka, więc zacząłeś wcześniej, ale zrezygnowałeś w połowie drogi, bo brakło ci sił, 3 - uparłeś się, że uzyskasz zgody na aktywne zakłócenia, a teraz leżysz w psychiatryku z diagnozą "załamanie nerwowe".
Jakby nie patrzył wyjdzie cholernie drogo. Nawet wujek Sam takich ćwiczeń nie robi. Koszty to jedno, a drugie - wróg patrzy i słucha, szczególnie z kosmosu. Nie koniecznie chcemy chwalić się pewnymi szczegółami pracy naszych systemów w trybie bojowym.

Gość, który chciał uzyskać zgodę na zakłócenia w paśmie radionawigacji.
Rozwiązaniem są systemy symulacyjne pozwalające na pracę "w matrixie", ale i one mają swoje ograniczenia. Przede wszystkim bazują na modelach, które są mniejszym lub większym uproszczeniem prawdziwych systemów no i nie odwzorowują całej "fizyki" świata rzeczywistego. Jak ktoś w programie zapisze, że radiostacja ma zasięg 50km to będzie taki zasięg miała. W realu jest różnie, bo ukształtowanie terenu oraz zakłócenia przemysłowe potrafią zrobić psikusa. Dodatkowo jeśli chcemy ćwiczyć na realnych odległościach dochodzi wyzwanie związane ze spięciem całego systemy symulacji tak, by wszystko działo się w czasie rzeczywistym - to też są koszty. Wprowadzenie do ćwiczeń i szkolenia działań w domenie elektromagnetycznej nie jest takim prostym i tanim zadaniem, ale musi być zrealizowane by nie doznać szoku poznawczego i przesycenia informacją w realnych działaniach.

Joint Threat Emitter (JTE) czyli rozwiązanie dla bogatych symulujące pracę wrogich stacji radiolokacyjnych
Amerykanie głowią się nad tym problemem od lat i jakieś pojęcie jak to robić mają.
Przykładem mogą być ćwiczenia Green Flag prowadzone i rozwijane od lat 90-tych ubiegłego wieku w US Air Force (dziś Green Flag to kryptonim ćwiczenia o innym charakterze), w których główny nacisk położono właśnie na jak najbardziej realne odwzorowanie sytuacji w domenie elektromagnetycznej. Piloci trafiający do bazy Nellis w Newadzie mieli okazję zasmakować chaosu elektromagnetycznego towarzyszącego prawdziwym działaniom w rejonie pełnoekranowego konfliktu zbrojnego.
Był jednak jeden problem - po szkoleniu w Nellis wracali do swoich macierzystych jednostek i wpadali ponownie w rutynowe loty szkoleniowe pozbawione dodatkowej domeny EM. Tylko jak się ma zdolnych inżynierów i furę pieniędzy na B+R to taki problem to nie problem tylko wyzwanie. Co zrobili Amerykanie? Opracowali zmyślne urządzenie, któremu nadali kodową nazwę OBEWS MSQ-T22(V) (czytaj On-Board Electronic Warfare Simulator). Całość ma rozmiar zbliżony do kasety VHS (wiem, wiem, nie wszyscy wychowywali się w czasach, gdy powstawał węgiel brunatny i mogą nie wiedzieć co to wypożyczalnia kaset video, poniżej obrazek poglądowy) o wymiarach 10x20x2,5 cm.

To pudełeczko montowało się wewnątrz samolotu F-16 lu F-15E i podpinało do systemu ostrzegania o opromieniowaniu (RWR). Można było w nim zaprogramować do 100 różnych źródeł zagrożeń, z czego 10 mogło być typu powietrznego. W pamięci zapisywano również cyfrową mapę terenu szkolenia, która w połączeniu z danymi o wysokości lotu i położeniu samolotu pozwalała na wyliczanie martwych stref pola radiolokacyjnego stacji przeciwnika. Tak więc dzięki zastosowaniu tego sprytnego pudełeczka i komputerowego systemu planowania misji szkolenia "wokół komina" zmieniły się diametralnie. Od wejścia do służby MSQ-T22(V) skończyły się rutynowe loty, a pilot w kokpicie był bombardowany komunikatami z systemu RWR zmuszając go do podejmowania natychmiastowych działań.
Dziś takie operacje można wykonywać wgrywając po prostu odpowiedni scenariusz misji do komputera pokładowego i symulować nie tylko spektrum elektromagnetyczne, ale również uzbrojenie i inne systemy samolotu. Dwa warunki: cały system (bo samolot to system) musi mieć takie możliwości oraz trzeba mieć personel potrafiący wykorzystać te możliwości w 100%. A z tym może być różnie, bo przesiadając się z TS-11 Iskra, gdzie jedynym urządzeniem wspomagającym był chyba fotokarabin, na M-346 Bielik ciężko było wyskoczyć z epoki kamienia łupanego do cyfrowej symulacji.

Domena lądowa pod tym względem jest u nas niestety daleko w tyle i ma wiele do nadrobienia. A pozostaje jeszcze kwestia spięcia wszystkich domen w jeden system szkoleniowo-symulacyjny, tak, aby piloci z Krzesin czy Łasku widzieli na swoich wyświetlaczach działania LWL, w Rosomaku czy Borsuku dowódca widział "efy", a przeciwlotnicy mogli wysyłać i odbierać do pozostałych koordynaty NFZ oraz planowanych i realizowanych przelotach własnych i sojuszniczych statków powietrznych
