Czym jest Walka Radioelektroniczna?
Tu zapoznasz się z kilkoma podstawowymi pojęciami z dziedziny
walki radioelektronicznej.
vel Electronic Warfare (EW)
vel Радиоэлектронная борьба (РЭБ)?
Tu mała dygresja: niektóre organizmy żywe widzą trochę inaczej od nas, jedne mają szerszy zakres, inne węższy widzenia fal elektromagnetycznych
Ogólne zasady prowadzenia WRE są wspólne.
Czym się zajmuje rozpoznanie radioelektroniczne? Szuka śladów demaskujących systemy radioelektroniczne przeciwnika (ale nie tylko, bo ABW czy UKE szuka też „piratów radiowych” w kraju). Do tego potrzebne są odbiorniki rozpoznawcze połączone w system. Dziś taki sprzęt działa autonomicznie lub półautonomicznie (sam potrafi wykryć i sklasyfikować dziesiątki emisji radiowych w kilka sekund), kiedyś robił to człowiek mozolnie kręcąc gałką odbiornika i analizując każdy napotkany w eterze sygnał. Ale co się dzieje, jak już znajdziemy jakieś emisje w tym eterze, skąd mamy wiedzieć czy to nasze, czy wroga. Kiedyś było prościej: gada po rusku, czyli Iwan. Dziś się tak nie da (prawie).
Po pierwsze rozpoznanie RE prowadzi się cały czas, przede wszystkim w czasie P, aby poznać cechy charakterystyczne emisji przeciwnika. Tym zajmuje się analiza techniczno-operacyjna: bada sygnały i określa ich strukturę (np. ilość bitów używanych do synchronizacji, długość ramki z danymi, przy radarach kształt impulsu, czas trwania, powtarzanie itp.). Efektem tej żmudnej pracy jest baza danych pozwalająca szybko identyfikować nie tylko przynależność sygnałów, ale również ich konkretne zastosowanie, np. identyfikację systemu OP czy radionawigacji. (Na marginesie NATO ostatnio mocno zaktualizowało swoją bazę danych latając jak czartery do Egiptu w szczycie sezonu wzdłuż naszej wschodniej granicy czy nad Morzem Czarnym).
Co najmniej trzy namierniki określają azymut na źródło fal radiowych, a centrum obliczeniowe wylicza jego położenie.
Po drugie trzeba dorzucić kolejny podsystem: namierzanie RE. Fale EM mają tą właściwość, że rozchodzą się promieniście ze źródła, czyli odbierając je w odległej lokalizacji można na podstawie analizy ich propagacji (po ludzku rozchodzenia się) określić położenie tego źródła. Służą do tego urządzenia zwane namiernikami. Z reguły łatwo je rozpoznać dzięki charakterystycznym systemom antenowym. Nie dotyczy to namierników służb takich jak ABW czy SKW, które wyglądają jak zwykłe dostawczaki, a anteny mają ukryte pod podwyższonym dachem (choć widziałem ostatnio sprzęt SKW z ordynarnie zainstalowanymi antenami na widoku, nic się nie kryją). Aby skutecznie zlokalizować źródło fal EM potrzebujemy co najmniej dwóch namierników, w praktyce w systemach lądowych mamy od 3 do 5 takich urządzeń, z których buduje się coś, co specjaliści nazywają bazą namierzania. Trzeba je w taki sposób ustawić w terenie, aby pokrywał się ich zasięg (czyli to, co widzą w spektrum EM), ale jednocześnie by były jak najdalej od siebie i stały równolegle do przeciwnika. Sygnał z tak rozstawionych namierników trafia do centrali, gdzie komputer wylicza położenie źródła. Tu do roboty bierze się sztab nerdów (a w przyszłości AI), którzy analizują co to za sygnały, do jakich systemów należą, gdzie są zlokalizowane źródła. W efekcie można ustalić jak wygląda ugrupowanie przeciwnika, w jakich rejonach są rozlokowane tak ważne systemy jak OP, SD, AMA. Ważną zaletą rozpoznania RE jest jego pasywny charakter (choć w rozpoznaniu radiolokacyjnym są też systemy aktywne), czyli jego elementy nie demaskują w widmie EM swojej działalności. Można powiedzieć, że są to uszy dowódcy, które podpowiadają mu gdzie powinien skupić swoją uwagę. Rozpoznanie RE wskaże wąski obszar, któremu dokładniej mogą się przyjrzeć drony lub można w ten rejon skierować grupę rozpoznawczą. Dzięki temu inne elementy rozpoznania wojskowego nie będą traciły czasu na poszukiwanie szczególnie wartościowych celów, a to pozwoli na ich szybszą identyfikację i zniszczenie. Kto pierwszy strzeli, ten wygrywa – jak u rewolwerowców.
To teraz czas na przeciwdziałanie RE. Najważniejsze to zakłócanie przeciwnika, ale jest jeszcze pozorowanie i neutralizacja RE. Zakłócanie ma za zadnie „zepsuć” sygnał w odbiorniku przeciwnika. Z tym, że współczesne systemy radiowe/radiolokacyjne itp. projektowane są tak, aby być odpornymi na zakłócenia. I tu znów sięgamy do wspomnianej wcześnie bazy danych o sygnałach przeciwnika. Jeśli znamy strukturę sygnału, to łatwo można dobrać sygnał psujący. I jeszcze raz podkreślę: zakłócanie wpływa na odbiornik, nie na nadajnik. Miarą skuteczności zakłócania RE jest ilość „zepsutej” informacji na wejściu odbiornika, dlatego stacje zakłóceń muszą mieć dużą moc, by ich sygnał był mocniejszy od tego użytecznego. Tu się kryje niestety poważne zagrożenie dla elementów systemu zakłóceń: są one jak latarnia morska widoczna na wiele mil morskich. Łatwo je wykryć i zneutralizować jeśli będą wykorzystywane w nieodpowiedni sposób. Pozorowanie RE to nic innego jak wprowadzanie przeciwnika w błąd oraz ukrywanie własnych systemów przed jego rozpoznaniem. Mogą to być zarówno elementy maskujące nasze prawdziwe systemy (dymy i pokrycia pochłaniające fale EM) jak i celowe wysyłanie fal EM w kierunku przeciwnika. Wiadomo, dzik we mgle tumanieje, a jak systemy rozpoznania RE przeciwnika będą miały za dużo danych, w tym częściowo błędnych, trudniej będzie im wyciągnąć właściwe wnioski z analizy tych sygnałów. Mamy jeszcze neutralizację RE, czyli celowe użycie energii elektromagnetycznej o dużej gęstości mocy… WRÓĆ, bełkot. Jak wszyscy wiemy każde urządzenie elektryczne można „spalić”, dlatego w większości mają one zabezpieczenia na taki wypadek – jakieś bezpieczniki, obwody przepięciowe… No ale jeśli np. do złącza USB podepniemy coś, co zamiast odbierać zasilanie o nominalnym napięciu 5V produkuje i wstrzykuje w to złącze napięcie o wartości 200V to nie tylko samo złącze ulegnie destrukcji, ale coś dalej też nie wytrzyma. To samo jest z wojskowym sprzętem elektronicznym: jeśli na antenie normalnie indukuje się napięcie rzędu mV, a my zrzucimy coś, co wygeneruje silny impuls EM w bezpośredniej bliskości tej anteny, to żadne systemy zabezpieczające nie pomogą. Na deser została nam obrona RE. Najprostsza definicja, którą najtrudniej przełożyć na chłopski język. Obrona RE to taki zbiór zasad i procedur, dzięki którym nasze własne systemy elektroniczne będą miały większe szanse przetrwać ewentualny konflikt: co zrobić, żeby utrudnić przeciwnikowi wykrycie nas, jak się zachować jak nas zakłócają itp. Korci mnie od początku i nie wytrzymam. Muszę dorzuć kilka zdań o tym, jak to WRE ma się w naszej armii. Najlepiej jest chyba w SP, bo mamy F-16 wyposażone w system obrony RE, jakieś zasobniki WRE. Mamy pojedyncze jaskółki, takie jak stacje BREŃ-2 w wojskach radiotechnicznych i jej odpowiednik BREŃ-R w MW, czy prototypowy PRZEBISNIEG w WL (ze wszystkimi jego chorobami wieku dziecięcego), tajemniczy ROSOMAK WRE, ale to kropla w morzu, a tam w morzu, w OCEANIE potrzeb. Cała reszta to muzeum, może poddawana jakimś modernizacjom, ale technicznie osadzona gdzieś w latach 70-80 ubiegłego wieku. Promykiem nadziei na lepsze są zakupy okrętów Delfin czy samolotów SAAB 340, ale to są nadal tylko małe trybiki z całego skomplikowanego systemu WRE. Do tego WRE w nowoczesnych armiach schodzi z poziomu operacyjno-taktycznego do taktycznego. Jedna kompania WRE na dywizję była dobra w taktyce Układu Warszawskiego, dziś to za mało aby skutecznie rywalizować z Rosją na tym polu. O ile coś z rozpoznania czy zakłóceń RE mamy, o tyle z pozorowania jesteśmy goli i weseli. Tu trzeba pilnej interwencji P2 i zrozumienia problemu przez decydentów. Podsumowując: WRE jest jednym z wielu wymiarów walki. Jeśli nie będziemy aktywni w wymiarze widma RE i oddamy pole przeciwnikowi skazujemy się na porażkę, ponieważ (jak wskazywałem w kilku moich poprzednich nitkach) armia jest wielkim systemem naczyń połączonych i jeśli jeden z systemów przestanie działać to za jakiś czas pozostałe zaczną szwankować, a system zacznie się załamywać, co doprowadzić do nieuchronnej klęski.




